Żadna wielka miłość nie umiera do końca.
Możemy strzelać do niej z pistoletu lub zamykać
w najciemniejszych zakamarkach naszych serc,
ale ona jest sprytniejsza – wie, jak przeżyć.
Jonathan Carroll
Nadeszła ta chwila gdy stanęłam przed ołtarzem. Nie przyrzekałam miłości, ale byłam jej świadkiem. Ślub odbył się w kwietniu, za sobą mamy już wspólny wyjazd nad morze i ślubną sesję. Aparat na szczęście nie zawiódł. W całym sobotnio-kwietniowym zamieszaniu o nim zapomniałam. Dlatego chcąc podzielić się z Wami sukienką, założyłam ją raz jeszcze. A na początku był chaos... Bilans mojej szafy, szybko zweryfikował zakupy. No więc: sklepowy maraton, Internet i ciucholandy. Sukienka nie znaleziona. Widziałam ją przed oczami i byłam pewna, że to właśnie w niej chciałabym spędzić też ważny dzień. W zwiewnej, lekkiej i nie przegadanej.
Trafiłam do prawdziwej Czarodziejki, z najzdolniejszymi rękami i wielką pasją. Poszukiwania materiału i odpowiedniego koloru to coś w czym mogłam dać cząstkę siebie. Pomiędzy masą barw czekał na mnie ten. Bliżej nie określony fiolet pomieszany z różem. Ilość dostępnych metrów do ostatniego centymetra odpowiadała naszym potrzebom. Nie chciałam by tak długa sukienka, była ozdobiona masą dodatków. Dlatego ograniczyłam się do kolczyków i torebki. Pudełeczko
Menbur dopasowało się kolorystycznie do sukienki, subtelnie iskrząc w mojej ręce dopełniło całość. A wieczorem mieniąc w świetle świec, niczym zorza rzucało cienie na ściany.
sukienka - najzdolniejsze ręce Basi torebka -
Sagana buty -
Embutik